Varia
Filmowa przestrzeń ENH
Twórcy z charakterem
Moje nowe horyzonty - felietony Romana Gutka
Polityka Poleca - Przewodnik Festiwalowicza
Selekcjonerzy z festiwali
Krytycy w Winnipeg
Nagroda im. K. Mętraka
Ciekawostki z przestrzeni ENH
ENH poleca: książki Krytyki Politycznej
Krakowska Szkoła Filmu i Komunikacji Audiowizualnej
Selekcjonerzy z festiwali
RSS
04 lut 09
Jan Topolski: Budapeszt to nie Gdynia
starsza lista nowsza

Przełom stycznia i lutego to dla nas zwariowany czas. Tuż po sobie następują dwa festiwale z pierwszej dziesiątki najważniejszych - Rotterdam i Berlinale. Tuż po sobie? Nie, dzieli je parę dni przerwy, które jako idealną niszę upatrzył sobie Magyar Filmszemle, Węgierski Tydzień Filmowy. Pozornie to kolejna Gdynia, feta narodowej kinematografii z niekończącymi się ceremoniami wręczania nagród, niedźwiedzimi uściskami i ruskimi pocałunkami bywalców i wyg, sezonowymi gwiazdkami i komediami. Pozornie... Ponieważ ten festiwal zasadniczo różni się od swoich odpowiedników w Polsce, Rosji (Soczi), czy Czechach (Pilzno). Przede wszystkim gościnnością i promocją: gospodarze, czyli Magyar Filmunió dokonują starań, by zagraniczni goście czuli się, jak u siebie.

A więc sponsorują hotel (rzadkość), dają specjalne pokazy z tłumaczeniami na angielski i na francuski, co należy do jeszcze większej rzadkości (niestety słuchawki, przydałby się jeszcze masażysta uszu!). Są napoje i drugie śniadania między filmami, są przyjęcia z lokalnymi filmowcami i organizatorami imprez, są screenery wysyłane wedle życzenia i zapotrzebowania, w jednym pakiecie tuż po zakończeniu imprezy... Termin idealny, dla jednych tuż po (Rotterdamie), dla innych tuż przed (Berlinale), dla innych odpoczynek pomiędzy. Czas w Budapeszcie płynie dla zagranicznych selekcjonerów i dziennikarzy jak miód (czego najlepszym przykładem miłe piwa z elokwentnym Tomą z Cluju w Transylwanii i drogą konkurentką Marzeną z Warszawskiego MFF, pełne pasjonujących rozmów o kinie rumuńskim i Mołdawii, tudzież Republice Zadniestrzańskiej). A na końcu jeszcze, w ramach przysłowiowej wisienki na torcie, przybysze wręczają własną nagrodę najlepszemu filmowi!

Więc na pewno gościnność i organizacja stoją tu na najwyższym poziomie, a Gdynia tylko pozazdrościć może tych gości i kontaktów, jakie nawiązują się w Budapeszcie (są tu ludzie m.in. z Cannes, Wenecji, Locarno, San Sebastian, Karlowych Warów, Moskwy, "Sight and Sound", "Screen", "Positif", "Schnitt"!). Ale jest przecież jeszcze najważniejsze - kino. Jak zapewne wiecie, ENH ma od dawna świetne związki z Węgrami. Oprócz kompletnych retrospektyw Tibora Szemzö (8.ENH), Zoltána Huszárika (6.ENH), Gábora Bódy (5.ENH), Béli Tarra (4.ENH). Węgrzy są też obecni w innych festiwalowych sekcjach. Czy zwróciliście uwagę, że w konkursie zeszłorocznej edycji aż 3 filmy (na 18) pochodziły z Pannonii? W tym roku czeka nas fascynujące spotkanie ze złotym wiekiem kinematografii węgierskiej, czyli przełom lat 60. i 70. To jeden z powodów, by tu przyjechać i poznać wreszcie osobiście zacnych krytyków, którzy pomagali nam przed paroma miesiącami ułożyć listę 20 pokazywanych w tej sekcji dzieł: György Barona, Verę Letay, Klarę Muhi, Gustava Schuberta i Loranta Stohra.

Węgierski festiwal różni się od innych narodowych świąt filmowych także poziomem repertuaru i niezwykłym jego bogactwem, jeśli zważy się, że powstaje on w kraju, którego ludność liczy 8 milionów, a posługuje się językiem nierozumiałym dla żadnego sąsiada... To bogactwo oszołomiło mnie rok temu, kiedy byłem tu pierwszy raz - festiwal obchodzi właśnie 40-lecie istnienia - choć ponoć był to rok wyjątkowo dobry. Przypomnijmy, że główny konkurs wygrała wówczas piękna "Delta" (2008) Kornéla Mundruczó, najlepszym filmem eksperymentalnym okazała się "Własna śmierć" (Sajat halal, 2008) Pétera Forgácsa, oba w konkursie ENH w 2008 roku. Inne nagrody przypadły filmom pokazywanym na WMFF 2007 i 2008 - awangardowa "Droga Mleczna" (Tejút, 2007) Benedeka Fliegaufa i błyskotliwy noir "Oficer śledczy" (A nyomozó, 2008) Attili Grigora. No i było jeszcze całkiem sporo innych interesujących rzeczy w konkursach, których jest tu wyjątkowo dużo (długie, krótkie, dokumentalne, telewizyjne, edukacyjno-naukowe). Przyjechałem tu po raz drugi pełen dobrych oczekiwań i nadziei.

Tak, ostatnie zdanie wróży zwrot akcji. I faktycznie, znów (jak w konkursie rotterdamskim) pewne rozczarowanie. O ile jednak w Holandii można było ratować się przebogatym i przeciekawym programem pozakonkursowym, tutaj jest tylko jedna droga. Nie znaczy to, że festiwal był kiepski, był po prostu przeciętny. Wiele filmów niczym się nie wyróżniało, inne trzeba było - dla higieny umysłu i pamięci - opuścić po parudziesięciu minutach (zazwyczaj po 20 - a Wy ile dajecie filmowi na przekonanie?). Przewodnicząca jury Márta Mészáros w finalnym oświadczeniu skarżyła się na pesymizm, bijący z węgierskich filmów, na skupienie się na przemocy i seksie (miast humanizmie i miłości), na braku rozliczeń z historią... Wszystko to racja, ale z drugiej strony dużo było dzieł pierwszych (8 na 18), sporo dobrych scenariuszy, no i może jakieś realia przebijały przez konwencję.

Na koniec napiszę więc tylko pozytywnie - o dziełach ponad przeciętność wyrastających, zwracając przy tym uwagę na wiek reżyserów. Powszechną sympatią cieszył się wśród gości "Lost Times" (Utolsó idők, 2009) Árona Mátyássy'ego (ur. 1978), które ostatecznie wygrało nagrodę studencką, za muzykę i główną. To historia autystycznej dziewczyny (rewelacyjna rola żony reżysera!), którą opiekuje się brat; wszystko w dobrze uchwyconej scenerii prowincji i z fajnymi subiektywizacjami narracji. "Father's Acre" (Apaföld, 2008) Viktora Oszkára Nagy (ur. 1980) od początku był faworytem krytyków (nagroda im. Gene'a Moscowitza), których ujęły zapewne wysoce malarskie i pełne światłocieni zdjęcia oraz uniwersalność tej prostej historii o dojrzałym synu i podstarzałym ojcu, próbujących się nawzajem pokochać po latach rozłąki. Dla mnie jednak zbyt to przypomina modne ostatnio przypowieści poetyckie robione pod Zwiagincewa, Sokurowa czy nawet Mundruczó. Świetnie zapowiadało się "1" (2009) Petera Sparrowa (ur. 1978), adaptacja opowiadania Stanisława Lema, o tajemniczej książce zawierającej opis wszystkiego, co następuje z ludzkością w danej minucie. Film jest wizualnie doskonały (nagrody za zdjęcia, montaż i efekty), jednak całkowicie przegadany i przekombinowany (autor chyba dołożył do tekstu Lema drugie tyle, a wszystko niemal leci z offu!).

Inny interesujący rozdźwięk między wyobrażeniami a rzeczywistością wywołało - przez wszystkich gorąco oczekiwane - nowe dzieło György Pálfiego. 35-letni reżyser należy, obok Kornéla Mundruczó, Benedeka Fliegaufa i Atilli Janischa, do węgierskiej czołówki, znany jest przy tym doskonale w Polsce z REWELACYJNEJ "Czkawki" (Hukkle, 2002) i nie mniej intrygującej "Taxidermii" (2006). I całkowita niespodzianka! Autorstwo konkursowego "I Am Not Your Friend" (Nem vagyok a barátod, 2009) jest nie do poznania, gdyby nie napisy... Formalista i stylista Palfi całkowicie improwizuje, dogmatyzuje, chaotyzuje, do tego o zwykłym życiu i perypetiach rodem z seriali. I żeby było mało, do pełnego rwanych zdjęć i montażu głównego filmu dokleja przewrotny prolog, o którym boję się cokolwiek pisać, by nie psuć niespodzianki oglądania. I jeszcze dwa fajne filmy. "Transmission" (Adás, 2009) Rolanda Vranika ujmuje przede wszystkim dziwną scenerią: puste ulice i modernistyczne domy na wybrzeżu, brakuje produktów spożywczych, prąd produkują joggerzy na bieżniach, ryby wyławia się z kontenerów, giną ludzie i znikają emeryci. Niesamowity nastrój i chłód, nieco w stylu Ulricha Seidla. O ile ten ostatni krytykuje konsumpcjonizm, to tu wymowa pozostaje o wiele bardziej wieloznaczna. Offowa "Juliette" (2008) Andrása Szirtresa to połączenie seansu psychoanalizy z sesją zdjęciową (jak to brzmi?). Tylko dwie osoby (jako fotograf-terapeuta sam reżyser), tylko dialog i odkrywanie bolesnej przesłości tytułowej bohaterki, tylko proste światło świec i fotograficzne tricki. A jednak się ogląda.

Hmmmm... To może nie był taki zły ten Magyar Filmszemle 2009? Po więcej szczegółów odsyłam do relacji Marioli Wiktor w marcowym "Kinie", gdzie w tym samym numerze zapewne także moje spostrzeżenia z Rotterdamu. Dzięki za lekturę, zapraszam na forum do dyskusji, Wasz korespondent.

środa 4.02.2009

Zapraszamy do dyskusji na forum ENH

starsza lista nowsza
Moje NH
Strona archiwalna
Nawigator
Lipiec-sierpień 2009
PWŚCPSN
23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2
Program:
Mój plan:
Indeks A-Z
Koncerty
Filmy nieme w Operze
Szukaj
filmu / reżysera / koncertu:
Skocz do cyklu:
WYBIERZ CYKL
Czy wiesz, że...

Dla uczestników festiwalu wiele hoteli i hosteli we Wrocławiu oferuje atrakcyjne zniżki.

>
/Co to jest?
JESTEŚMY NA FACEBOOKU LINKI:
© Stowarzyszenie Nowe Horyzonty 2007-2009  /  festiwal@enh.pl  /  www.enh.pl  /  realizacja: Pracownia Pakamera